Dzisiaj jest: 24 Kwiecień 2018    |    Imieniny obchodzą: Aleks, Grzegorz, Aleksander

Rebeliant

Ocena użytkowników:  / 2
SłabyŚwietny 

Krzysztof RusieckiNie marzył, że zostanie artystą – to przyszło samo. Mówi, że miał szczęście do pań od plastyki, a pierwszą nagrodę za swoje dzieło dostał w głębokiej podstawówce. Potem zbuntował się przeciwko rodzinnej tradycji i zajął sztuką. Rozmawiamy z mińszczaninem Krzysztofem Rusieckim, grafikiem, malarzem, rzeźbiarzem, pedagogiem, którego najnowsza wystawa pt. „Walentynkowy koncert na trzy pokoje i dziesięć obrazów” zostanie otwarta w Zielonym Domku właśnie w Walentynki...


Artysta plastyk to brzmi dumnie, a jak – jest w rzeczywistości?


Krzysztof Rusiecki (K. R.) – Samo nazywanie kogoś artystą jest już podejrzaną sprawą (śmiech). Bardziej to zaczyna przypominać przezwisko, a nie określenie zawodu. Trudno też o definicję. Jak powiedział jeden z moich znajomych – malarz, to taki człowiek, który maluje. Chyba nie da się już prościej powiedzieć (śmiech).

 

Zacząłeś malować, bo takie były rodzinne tradycje?


K. R. – To była skomplikowana sprawa. W rodzinie miałem przykłady artystycznych ciągot, np. mój stryj wyrabiał zawodowo biżuterię, a dziadek miał wspaniałą bibliotekę. Ale zdecydowanie byliśmy rodziną leśników i jak rodził się chłopak, to uważano, że powinien mieć porządny zawód, a nie zajmować się mrzonkami. Starałem się jak najdłużej trzymać tego rodzinnego programu i zacząłem nawet studiować leśnictwo na SGGW, ale w pewnym momencie przeszedłem na pozycję wroga i zająłem się plastyką. Jako student zacząłem dorabiać sobie u wspomnianego stryja, zresztą z zawodu leśnika,  robiąc biżuterię.

 

Zacząłem poznawać jego pracownię, spotykać się z artystami i nie skończyłem leśnictwa. Poza tym, na moje wybory miała wpływ jeszcze jedna rzecz – żyłem w PRL-u. Sztuka znaczyła wtedy coś zupełnie innego niż teraz. Wtedy też poczułem, że fajnie jest być artystą, bo we wszechobecnej panującej szarzyźnie człowiek czymś się wyróżniał. To był inny świat. Dziś mówię o sobie, że jestem nielegalnym emigrantem z PRL-u i mam wszystkie możliwe choroby, jakie mogą dotknąć nielegalnego emigranta, oczywiście poza nostalgią (śmiech).

 

 

Krzysztof Rusiecki Szarzyzna tamtych czasów to jedno, ale pewnie spotkałeś na swojej drodze kogoś, kto powiedział, że masz talent. Może pani w szkole zauważyła, że ładnie rysujesz?


K. R. – Miałem duże szczęście do pań od plastyki. W podstawówce uczyła mnie pani Siudzińska, a w szkole średniej, choć byłem w liceum w klasie matematyczno-fizycznej, przez rok mieliśmy zajęcia z panią Anną Natorff. To były osobowości – panie, które były malarkami, a z drugiej strony stawały się przyjaciółmi nas uczniów. To motywowało do pracy i poszukiwań.

 

Pamiętasz swój pierwszy obraz, za który ktoś cię pochwalił i powiedział, że będzie z ciebie artysta?


K. R. – W głęboki

ej podstawówce dostałem nagrodę w konkursie plastycznym. I wtedy sobie uświadomiłem, że plastyka może być czymś więcej niż tylko takim sobie rysowaniem czy malowaniem. Poczułem, że jest czymś wyjątkowym. To była taka pierwsza świadoma zmiana optyki.

 

Lubisz jakąś konkretną technikę czy wypowiadasz się w różnych?


K. R. – W różnych. Studiowałem na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. A to miasto stoi grafiką warsztatową, którą z miejsca kupiłem, a nawet robiłem później z niej dyplom. I rzeczywiście, przez długie lata tworzyłem grafiki i ilustracje...

 

Krzysztof RusieckiDo książek?


K. R. – Nie, raczej do poezji. Współpracowałem z gazetami, np. Rzeczpospolitą, gdzie był dodatek kulturalny. Ale w pewnym momencie odszedłem od tego i zacząłem szukać czystej sztuki.

 

Czystej sztuki?


K. R. – Własnej, indywidualnej, bez określania jakiejś jej definicji.

 

Na jakim etapie poszukiwań jesteś?


K. R. – Zawsze jest się na początku albo w trakcie. Teraz zajmuję się

 dwoma tematami. Artysta różni się tym od artysty, powiedzmy użytkowego, który pracuje, np. dla jakiegoś studia reklamy tym, że ma swoje tematy i stara się je rozwijać. Warunek jest taki, że musi to być coś cięższego gatunkowo, żeby ludziom głowy byle czym nie zawracać.

Krzysztof Rusiecki


Nie malujesz na zlecenie?


K. R. – Muszę przyznać, że lubię pracę na zamówienie, bo czasem takie postawienie się pod ścianą, przed terminem, który się zbliża jest bardzo ożywcze i porządkuje wiele spraw.

 

Wróćmy do twoich tematów...


K. R. – Właściwie to powinienem być poetą, tylko brak mi słów. I dlatego krążę wokół poetów, są dla mnie inspiracją. Jest coś takiego z poezją, że otwiera u mnie plastyczne tematy. Z tym, że nie jest to ilustracja do wiersza, choć ten temat, którym się teraz zajmuje, i który nazwałem „Starzy mistrzowie” jest jakby żywcem wzięty z wiersza Zbigniewa Herberta. I jest to, mówiąc najprościej – malowanie piasku ziarnko po ziarnku. Do malarstwa wystarczy każdy pretekst, żeby przełożyć własne odczucia na formę.

 

Krzysztof RusieckiA twoi ulubieni poeci?


K. R. – Jeszcze w czasach liceum zakochałem się w poezji Wisławy Szymborskiej, która zawsze otwierała dla mnie ciekawe drogi. Myślałem, że poetka pisze tylko dla mnie, ale później się okazało, że także inni ją czytają, a nawet dostała Nobla i poczułem się zdradzony. Przerobiłem też całego Herberta. Nawet mój dyplom w 1996 r. na Uniwersytecie był tego wynikiem – przygotowałem pięć grafik inspirowanych jego poezją. Cykl o piasku też się wziął z inspiracji jego twórczością.

 

Tworzysz w domu, czy masz swoją pracownię?


K. R. – W końcu mam swoją. Zawsze miałem jakieś pracownie, bo przecież trzeba gdzieś tworzyć, ale to były improwizowane miejsca. Miłosz mówił, że potrafił tworzyć uczepiony żyrandola, czyli w każdych warunkach, i w sumie ja też nie muszę mieć wielkiej oprawy, żeby coś robić. Dostosowywałem się. Może to też wynik mojego życia w PRL-u, gdzie trzeba było przeżyć w każdych warunkach. Ale teraz pracownię mam w Mińsku i jest dobrze.

 

Tworzysz codziennie, o określonych godzinach, czy biegniesz do pracowni, jak cię złapie natchnienie?

 

Krzysztof RusieckiK. R. – Natchnienie to podobne pojęcie do określenia artysta – trudno powiedzieć coś sensownego na ten temat. A w plastyce jest jeszcze to, że trzeba daną rzecz wykonać. Coś chodzi człowiekowi po głowie, ale trzeba wygospodarować czas, żeby nadać formę tym inspiracjom. Z drugiej strony – praca artystyczna polega na tym, że nie ma terminów. W pracy musimy być od godz. 8 do 16, a do pracowni nikt nas nie woła. Musimy sami tam pójść. Może artyści to ci, którzy mają taki wewnętrzny motor, który ich gna do malowania, rysowania, rzeźbienia, chociaż sami czasem nie wiedzą po co.

 

Jak długo malujesz obraz?


K. R. – Nie uważam się za malarza, bardziej za grafika, i dlatego nie czuję się pewnie z pędzlem. Temat piasku, który obecnie maluję to też raczej grafika, wykonywana mozolną techniką. Dlatego namalowanie jednego obrazu zajmuje mi miesiąc, a czasem i dwa. Kolega śmieje się ze mnie, że uprawiam malarstwo modlitewne. Mówi, że zamiast malować, to modlę się nad tymi obrazami (śmiech). Teraz techniki są szybkie, maluje się na dużych powierzchniach, zamaszyście, a ja tworzę na odwrót.

Krzysztof Rusiecki


Inspirujesz się wielkimi mistrzami pędzla?


K. R. – Lubię impresjonistów i postimpresjonistów, zresztą na najnowszej wystawie w Zielonym Domku nawiązuję do ich twórczości – będą obszerne cytaty z Matisse'a, Gauguina, Van Gogha – oni byli pierwszymi, których zobaczyłem na własne oczy jeszcze w czasach PRL-u, kiedy w warszawskich księgarniach oglądałem albumy z reprodukcjami ich dzieł, więc siedzą we mnie głęboko.

 

Gdzie można oglądać twoje obrazy? Gdzie wystawiasz i wystawiałeś?


K. R. – W latach 90. współpracowałem z warszawską Galerią Inicjaty

w Twórczych, którą założył Eugeniusz Małkowski. To były takie pionierskie akcje. Wychodziliśmy ze sztuką w miasto, np. zrobiliśmy wystawę, którą instalowali alpiniści we wnętrzu wieżowca Atrium. Jadąc przeszkloną windą widz poruszał się wraz z obrazami. Teraz takie działania to standard. Z tej galerii na Woli ruszyliśmy w świat i ciągle gdzieś na siebie wpadamy, coś wspólnie robimy. Tak to działa. Bardzo sobie też cenię i wysoko oceniam inicjatywy kulturalne w naszym mieście. Dużo wystaw, kontaktów, współpracy z zagranicą i tą daleką, i tą za miedzą. Mieszkamy w mieście, które rozumie, że bez kultury nie ma rozwoju.

 

Krzysztof Rusiecki obrazCoraz więcej artystów odkrywa możliwości pracy z komputerem. Korzystasz z cyfrowych możliwości?


K. R. – Rzeczywiście, komputer daje nieograniczone możliwości, jeśli chodzi o przetwarzanie obrazów. Korzystam z komputera, zarówno przy pracy pedagogicznej, jak i własnej. PhotoShop nie jest mi obcy (śmiech). Dzięki niemu mogę być użyteczny i robić plakaty dla MTM, Kapeli Małego Stasia, stowarzyszenia „Mila”... Lubię to robić.

 

Jesteś też rzeźbiarzem...


K. R. – To raczej hobby. Czasami pojadę na jakiś plener. W tym roku byłem w Nowym Wiśniczu  na ceramice. Jeszcze trwa wystawa poplenerowa w Limanowej. W zeszłym roku w Gołuchowie rzeźbiłem w drewnie. Trzymetrowy, dębowy „Krętogłów” kręci się w tamtejszym Muzeum Leśnictwa, nomen omen. Plenery rzeźbiarskie to takie moje sanatorium.

 

Krzysztof Rusiecki Uczysz w naszej Miejskiej Szkole Artystycznej?


K. R. – Jest tam pracownia plastyki. Pierwszymi nauczycielkami były w niej Grażyna Wachowicz i Violetta Izdebska. Dołączyłem do nich z marszu i już zostałem. Niedawno okazało się, że pracuję już 25 lat. Dorobiliśmy się kilku pokoleń zdolnych ludzi. Ciągle ktoś od nas zdaje albo do liceum plastycznego, albo idzie na studia. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o kształcenie artystyczne, to Mińsk jest miastem wyjątkowym. Oprócz MSA mamy liceum plastyczne, są prywatne szkoły, MDK, to nas zdecydowanie wyróżnia wśród innych miast

 

Można powiedzieć, że Mińsk jest miastem przyjaznym artystom?


K. R. – Myślę, że w ogóle Mińsk jest miastem przyjaznym, jeśli chodzi o kulturę i życie. Najpierw miasto było sypialnią stolicy, potem sypialnią coraz lepiej urządzoną, a teraz to już jest dzielnica Warszawy. Zresztą, wystarczy popatrzyć na rejestracje samochodów, które stoją przy nowych blokach. Właściwie cała Polska mieszka w Mińsku. Można by się było zżymać, że ja stary mińszczanin, a tu przyjeżdżają jacyś obcy, ale miasto musi być otwarte i dawać szanse. I Mińsk taki jest.

 

Ale nie ma w Mińsku galerii z prawdziwego zdarzenia, gdzie można by kupić obrazy, gdzie skupiałoby się środowisko artystyczne. Brakuje ci takiego miejsca, a może sam chciałbyś takie założyć?


K. R. – Duże nadzieje wiążę z MZM i Biblioteką Miejską. Również MDK idzie w dobrym kierunku, jeśli chodzi o plastykę. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wokół tych instytucji zaczęło orbitować jakieś artystyczne środowisko. Mnie się wydaje, że brakuje już tylko szczypty demokracji.

 

Co byś powiedział młodym ludziom, którzy chcą wejść na artystyczną ścieżkę?


K. R. – Potoczne wyobrażenie pedagoga jest takie, że odnajduje talenty, hołubi je, niańczy, prowadzi do sukcesów, ale ja działam na przekór, bo bardzo zniechęcam do sztuki, gonię wszystkich mówiąc – uciekajcie, zostawcie te pędzle, weźcie się za coś porządnego. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo jeśli mimo wielu przeciwności młody człowiek będzie uparcie dążył do celu, przez całe życie ten wewnętrzny motorek sztuki będzie go napędzał do działania, to będzie artystą. Na studiach spotykałem mnóstwo utalentowanych kolegów, którym nawet zazdrościłem, ale byli świetni dopóki trzeba było przygotować się do egzaminów, gdy goniły ich terminy. Potem, zostawieni sami sobie, jakoś się gubili, bo nic ich nie motywowało do tworzenia. Dlatego tym zniechęcaniem napędzam niejako artystyczne perpetum mobile, które powinno być w każdym artyście.

 

Krzysztof Rusiecki

Czy da się wyżyć z malowania obrazów, tworzenia grafik i rzeźb?


K. R. – To podobne pytanie do tego, jak być poetą i przeżyć. Nie da się. Większość moich znajomych, a mam ich dużo w artystycznym światku przeżywa od miesiąca do miesiąca ze stałych zleceń, pensji, udzielania lekcji. Nawet ci, którzy mieli momenty wielkich sukcesów i ich dzieła są w muzeach, były sprzedawane, niekoniecznie mają się dobrze. Każdy ma swoje pięć minut, ale sława, jak nagle się pojawia, tak nagle znika. Poza tym w Polsce za sławą nie zawsze idą pieniądze. Trzeba to wziąć pod uwagę chcąc zajmować się sztuką.

 

Mówi się, że artyści mają głowę w chmurach. Wiesz ile kosztuje chleb i masło? Zajmujesz się prozą życia?


K. R. – Roman Polański swoją autobiografię rozpoczął od motta: „ Najważniejsze to bujać w obłokach”. To może jednak trzeba? Gdy miałem wybierać, czy iść kopać piłkę z synkiem, czy malować kolejny genialny obraz, to zwykle wybierałem piłkę. Staram się zachować równowagę między urodą życia, a magią sztuki.

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. Danuta Piotrowska, archiwum Krzysztofa Rusieckiego 

 

Krzysztof Rusiecki w skrócie:

Sam o sobie – jeszcze coś zmaluję.

Najbardziej lubię – być w pracowni.

Co mnie złości – to, że się złoszczę.

Największy sukces – przede mną.

Największa porażka – za mną, mam nadzieję.

Ulubione miejsca w Mińsku – fotografuję rozbiórki drewnianych domów.

 

Walentynkowy koncert na trzy pokoje i dziesięć obrazów


Wernisaże to dziwne imprezy. Przychodzimy na taki wernisaż oglądać dzieła sztuki, np. obrazy, ale ich nie widzimy, bo zasłaniają je ludzie, którzy też ich nie oglądają tylko stoją tyłem do malowideł i słuchają malarza, który opowiada o tym, co jest na nich namalowane. Potem jest jeszcze gorzej, gdy zaczynają mówić wszyscy na raz, a niektórzy, i to jest najgorsze, zaczynają nawet zadawać pytania autorowi. Dlatego, ażeby uniknąć tak stresującej sytuacji, swój wernisaż nazwałem koncertem i zaprosiłem do udziału w nim muzyków. Moja zawodowa sytuacja jest taka, że uczę sztuki w szkole artystycznej, gdzie pozostali nauczyciele to muzycy. Tym sposobem ja znam wielu  muzyków, a wielu muzyków zna tylko jednego malarza, czyli mnie. I jak nie skorzystać z takiej okazji! W wernisażu udział wezmą: Monika Kuchta, fortepian, Piotr Grabowicz, skrzypce i Waldemar Kielichowski, gitara klasyczna.

Wernisaże to dziwne imprezy, które odbywają się o dziwnych porach. Dlatego, gdy dowiedziałem się, że wernisaż, który nazwałem koncertem ma się odbyć 14 lutego, postanowiłem dodać do tego tytułu słowo „walentynkowy”, co pozwoli zasugerować publiczności, że jest on przeznaczony dla zakochanych, a zakochani jak wiadomo, robią różne dziwne rzeczy o dziwnych porach. Proszę jednak, aby ci z Państwa, którzy nie są zakochani, nie rezygnowali z udziału w wernisażu. Spotkanie dopiero ma się zacząć i wszystko przecież może się zdarzyć. Miejmy też nadzieję, że muzycy będą grali równo, ale nie jednocześnie, że obrazy nie pospadają, a Zielony Domek wypełnią zakochani. 

You have no rights to post comments