Dzisiaj jest: 21 Listopad 2018    |    Imieniny obchodzą: Albert, Janusz, Konrad

Multisportowiec

Ocena użytkowników:  / 1
SłabyŚwietny 

Nr 46 str 8 Strefa osobowości Tomasz Radomiński okładkaO muzyku, który gra na wielu instrumentach mówi się multiinstrumentalista. A jak powiedzieć o człowieku, który uprawia wiele dyscyplin sportowych – multisportowiec? Jedno jest pewne – Tomasz Radomiński próbował już swoich sił w rajdach ekstremalnych, ultramaratonach, biegach na orientację i ulicznych, rowerowej jeździe na orientację, zawodach MTB, kajakarstwie, jeździe na rolkach, wspinaczce, pływaniu, radioorientacji, zdobył Mont Blanc, ale wciąż ma apetyt na więcej. Na razie przygotowuje siódmą edycję Rajdu Przygodowego Nawigator, który odbędzie się w naszym powiecie pomiędzy trzecim a piątym sierpnia..





Zapytam na początek, czy jest jakaś dyscyplina sportu, której pan nie uprawiał?

Tomasz Radomiński (T. R.) – Pewnie. Jest ich nawet całkiem sporo (śmiech). Nigdy np. nie zajmowałem się sportami motorowymi, siłowymi, sportami walki i nie próbowałem skoków narciarskich. Lubię za to pograć w piłkę nożną, siatkową czy koszykówkę, ale to rekreacja.


A od jakiej dyscypliny wszystko się zaczęło?

T. R. – Jako dzieciak, tak jak wszyscy moi rówieśnicy, cały wolny czas spędzałem na dworze. Nie mieliśmy komputerów, dvd i innych elektronicznych gadżetów, więc biegaliśmy, graliśmy w różne gry, pływaliśmy w pobliskiej rzece. Poważniej sportem zająłem się w wieku 19 lat po rozpoczęciu studiów w Wyższej Szkole Oficerskiej we Wrocławiu. Któregoś dnia wywieziono nas wszystkich do lasu, każdemu dano do ręki mapę, udzielono krótkiego instruktażu i kazano startować w zawodach na orientację. Wygrałem te zawody i pan Michał Włodarczyk, trener biegaczy na orientację, zaproponował mi treningi w klubie. Przez kolejne 4 lata praktycznie każdy weekend spędzałem na zawodach. Poznałem prawie każdy kompleks leśny w Polsce. Ale startowaliśmy również za granicą, m.in. w Republice Czeskiej, Słowacji i Danii. Największe moje sukcesy z tego czasu to indywidualne Mistrzostwo Wojska Polskiego i 10. miejsce w biegach sztafetowych w Mistrzostwach Polski.


Potem zaczął pan uprawiać inne sporty?

T. R. – Od 1997 r. zacząłem pracować w jednostce w Mińsku i startować w różnych dyscyplinach Mistrzostw Wojska Polskiego. Spróbowałem też swych sił w rowerowej jeździe na orientację oraz w MTB. Gdy do jednostki wpłynęło zaproszenie do startu w słynnym Biegu Piastów, razem z kilkoma zapaleńcami postanowiliśmy wziąć w nim udział. Najciekawsze w tej historii jest to, że narty biegowe założyłem po raz pierwszy tuż przed startem na 50 km. Cały czas też dużo biegałem. Z orientacji przeskoczyłem na biegi uliczne, stopniowo zwiększając dystans. Zacząłem startować w maratonach we Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu. Wziąłem też udział w Maratonie Komandosa, który polega na przebiegnięciu pełnego dystansu maratońskiego w umundurowaniu i z plecakiem o wadze 10 kg. Dystans zwiększałem systematycznie. Na zawodach w szwajcarskim Biel przebiegłem 100 km w 12 godz. i 30 min.


A pewnego dnia usłyszał pan w radiu audycję o chłopakach, którzy wzięli udział w Marathon des Sables...Nr 46 str 8 Strefa osobowości Tomasz Radomiński 1

T. R. – To prawda. Marathon des Sables to 240 km ultramaratonu po pustyni w Maroku. Oni startowali również w rajdach ekstremalnych, imprezach, które łączą różne dyscypliny sportowe, a trasa rajdu jest wyznaczana na mapie, tak jak w biegach na orientację. Usłyszałem o tym, a dwa miesiące później startowałem już w swoim pierwszym rajdzie ekstremalnym na wyspie Wolin w Świnoujściu. Udział w 260 km rajdzie zakończyłem gdzieś na ok. setnym kilometrze. Byłem jeszcze za słaby. Zacząłem więc mocno przygotowywać się do imprez tego typu: dużo jazdy na rolkach, kajak, zrobiłem kursy wspinaczkowe. Zacząłem także gromadzić niezbędne wyposażenie. Ukończyć rajd tego typu udało mi się dopiero za trzecim razem. Najdłuższy mój rajd miał 280 km i do pokonania trasy potrzebowałem 42 godzin. Warto pamiętać, że w rajdach startuje się w zespołach dwu lub czteroosobowych i trasę pokonuje się non-stop. Najczęściej na rajd składają się takie dyscypliny jak: bieg, rower, rolki, kajak, pływanie, elementy wspinaczki (zjazdy, mosty linowe) lub inne zadania specjalne (np. pokonywanie bagien).


Z czego wynika to pana próbowanie i uprawianie różnych dyscyplin? Z chęci sprawdzenia się czy może z jakiegoś wewnętrznego niepokoju? A może szybko się pan nudzi?

T. R. – Chęć sprawdzenia własnych możliwości jest chyba tym, co pcha każdego chętnego do startu w imprezie ekstremalnej. Nie można tu mówić o znudzeniu, bo raz poznana dyscyplina sportowa zawsze daje frajdę. Wracam do nich zamiennie. Poza tym, po wszystkich zdobytych doświadczeniach w różnych dyscyplinach nie potrafiłbym skupić się już tylko na jednej. Nie lubię zamykać się w wąskiej specjalizacji i nigdy nie miałem ambicji, aby osiągnąć sukces sportowy na poziomie mistrzowskim. Czerpię satysfakcję z samego udziału w imprezie i w pokonywaniu kolejnych wyzwań.


Jaka była najbardziej niebezpieczna dyscyplina, którą pan uprawiał?

T. R. – Każda dyscyplina wiąże się z jakimś ryzykiem. W moim przypadku największe ryzyko podejmuję podczas wypraw wysokogórskich.


Przytrafiła się panu jakaś poważna kontuzja? Bo rozumiem, że różne otarcia, stłuczenia czy drobne urazy są na porządku dziennym?

T. R. – Po maratonie w Bejrucie w 2008 r. nabawiłem się lekkiej kontuzji związanej z przesunięciem dysku. Problem usunęła krótka rehabilitacja, jednak od tamtej pory nie wróciłem już do biegania. Ten rok ma być jednak przełomowy, gdyż planuję wrócić do treningu biegowego, aby wziąć jeszcze udział w kilku imprezach ultra, m.in. w Biegu Rzeźnika, Marathon des Sables, Ultra-Trial du Mont-Blanc i kilku maratonach w europejskich stolicach.


Nr 46 str 8 Strefa osobowości Tomasz Radomiński 5Jest jakiś rodzaj sportu, który szczególnie pan lubi?

T. R. – Biegi na orientację – od tego wszystko się zaczęło i ciągle darzę je wielkim sentymentem. W tej dyscyplinie zawodnik startuje indywidualnie, na starcie otrzymuje mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi i sam decyduje, jak do nich dotrze. Wbiega się samotnie w las i jest się zależnym tylko od siebie. Tutaj o sukcesie decyduje nie tylko przygotowanie kondycyjne, ale też szybkie czytanie mapy, kontrola kierunku, czasami pewna brawura przy wybieraniu wariantów przebiegów.


Ma pan swoich sportowych idoli?

T. R. – Nigdy nie oglądałem się na innych, zawsze starałem się szukać własnej drogi sportowej. Szanuję jednak zawodników, którzy, oprócz chęci osiągnięcia sukcesu w danej dyscyplinie, swoją postawą poza arenami stają się autorytetami dla innych. Do takich sportowców zaliczam m.in. Adama Małysza, Krzysztofa Hołowczyca czy Roberta Korzeniowskiego.



Ale nie założył pan w Mińsku szkoły sportów ekstremalnych, tylko prowadzi pan Szkołę Pływania „Anakonda” i klub sportowy „Barakuda”.

T. R. – Ponad trzy lata temu zdecydowałem się zakończyć swoją aktywność zawodową związaną z wojskiem. Zamknięcie jednego etapu naturalnie otwiera inny. A ponieważ w międzyczasie skończyłem AWF, a sport dawał mi zawsze dużo satysfakcji w życiu, poszedłem w tym kierunku. Także otwarcie w Mińsku nowej pływalni stworzyło nowe perspektywy, dlatego założyłem szkołę pływania. Po roku działalności pojawił się pomysł powołania klubu sportowego dla najzdolniejszych młodych pływaków z Mińska i powiatu mińskiego. Dzięki zaangażowaniu przyjaciół udało się zebrać grupkę zapaleńców i rozpoczęliśmy treningi. Początkowo grupa liczyła ok. 10 zawodników, szybko jednak zaczęli pojawiać się kolejni i obecnie w klubie trenuje prawie 30 dzieci w różnych grupach wiekowych. Mamy więc potencjał i możemy się już pochwalić pierwszymi sukcesami.


Czy młodzi ludzie garną się do sportu, czy wolą grać np. na komputerze? Jak pan to postrzega z perspektywy trenera, który z nimi pracuje?Nr 46 str 8 Strefa osobowości Tomasz Radomiński 6

T. R. – Niestety, chyba raczej wolą grać na komputerze. Już 2,5 roku obserwuję dzieci, które podejmują naukę pływania. Widać, niestety, duże braki w przygotowaniu fizycznym – niejednokrotnie przychodzą z wadami postawy i z nadwagą. Dla większości jedyna aktywność fizyczna związana jest z lekcjami w-f w szkole. Dlatego tak ważne wydaje mi się, aby choć w minimalnym stopniu zaszczepić dzieciakom ze szkoły pływania zainteresowanie aktywnością fizyczną. Każdy kolejny pływak, który podejmie trening w klubie, dostarcza mi powodów do uśmiechu.


Czy w rodzinie tylko pan zajmuje się sportem, czy zaraził pan nim także rodzinę?

T. R. – Rodzina akceptuje moje pasje i wspiera mnie w różnych przedsięwzięciach. Żona Justyna chętnie jeździ na rowerze lub rolkach. 11-letnia córka Aleksandra od ponad roku z sukcesami trenuje w klubie. Natomiast 6-letniego Maćka musimy siłą odrywać od piłki na podwórku. W wakacje całą rodziną staramy się spędzić chociaż kilka dni na wędrówkach w górach, a ferie zimowe obowiązkowo na nartach.


Z pana doświadczenia wynika, że mińszczanie są wysportowani czy raczej nie odbiegają od średniej krajowej, czyli wolą oglądać rozgrywki sportowe, a nie je uprawiać?

T. R. – Kiedy sprowadziłem się do Mińska w 1997 r. i zacząłem biegać lub jeździć rowerem po okolicznych lasach, spotkanie kogokolwiek było wielkim wydarzeniem. Dzisiaj, kiedy po południu lub w weekend wybierzemy się na okoliczne mniej ruchliwe drogi, co chwilę spotykamy kogoś biegającego, jadącego na rowerze lub rolkach czy uprawiającego nordic walking. Aktywnych mińszczan mamy całkiem sporo, ale na tych okolicznych drogach zmieściłoby się nas jeszcze dużo, dużo więcej.


A jak znajomi patrzą na pana, gdy tak pan goni sportowo. Przyłączają się, czy raczej patrzą na pana jak na zjawisko?

T. R. – Przez te wszystkie lata zdążyli się już przyzwyczaić (śmiech). Mam jednak satysfakcję, że wielu z nich dało się namówić na podjęcie różnej aktywności fizycznej i niejednokrotnie brali udział razem ze mną w zawodach sportowych.


Nr 46 str 8 Strefa osobowości Tomasz Radomiński 7Za kilka dni wystartuje Rajd Przygodowy Nawigator, który pan wymyślił. Skąd pomysł, aby organizować w Mińsku takie zawody?

T. R. – W tym roku już po raz 7 organizuję imprezę o nazwie Nawigator. Pomysł pojawił się po tym, jak zacząłem startować w rajdach ekstremalnych. Zawsze miałem zapędy organizatorskie i zdecydowałem się spróbować sił w organizacji takiej imprezy właśnie w Mińsku.


Co jest najtrudniejsze przy organizacji takich zawodów?

T. R. – Impreza, która jest rozgrywana w całym powiecie, wymaga zaangażowania dużej liczby osób. Dlatego współpracuję z harcerzami z Komendy Hufca Mazowsze, Strzelcami, Oddziałem Specjalnym Żandarmerii Wojskowej. Często bywało tak, że osób zaangażowanych w organizację było więcej niż samych startujących. Zawsze chętnie pomagają mi też przyjaciele i znajomi, ale i tak brakuje ludzi do zabezpieczenia imprezy. Stałym problemem są również finanse. Im więcej pieniędzy, tym lepsza oprawa, większe nagrody, a za tym i frekwencja na zawodach. Ostatnio budżet Nawigatora, dzięki wsparciu Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Mińsku oraz stałych partnerów, takich jak Piekarnia Gromulski i sklep komputerowy Impet, trochę się zwiększa, ale zawsze mam braki w finansowaniu imprezy. Szukam więc kolejnych sponsorów.


Jak pan ocenia tę imprezę z perspektywy tych siedmiu lat?

T. R. – Nawigator zapisał się w środowisku rajdowym, jako bardzo wymagająca nawigacyjnie impreza i ze specyficznym klimatem, co mnie bardzo cieszy. Mamy już sporą grupę sympatyków, którzy rokrocznie pojawiają się na starcie. Poza tym, w ciągu tych siedmiu lat rajd ewoluował. Na samym początku zawodnicy startowali tylko na trasie rajdu ekstremalnego. Przygotowywane były dwie trasy – długa, dla zaawansowanych i krótka – dla początkujących. Warto zauważyć, że druga edycja odbyła się w ramach cyklu Adventure Salomon Cup. A podczas piątej edycji Nawigatora przygotowałem po raz pierwszy, oprócz trasy rajdowej, także trasy na 50 i 100 km tylko dla biegaczy i piechurów, które zostały włączone do Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. Trasy piesze w ramach Pucharu pozostały już na stałe w programie rajdu.


Nie zastanawia się pan czasem, że za jakiś czas będzie musiał pan przystopować? Co wtedy?

Nr 46 str 8 Strefa osobowości Tomasz Radomiński 4

T. R. – Przystopować musiałem już 3-4 lata temu. Winna temu była wspomniana już kontuzja oraz zmiana w życiu zawodowym. Prowadzenie szkoły pływania, i od niedawna klubu, pochłania mnóstwo czasu i energii, którą kiedyś zużywałem na własną aktywność. Ale dzięki temu odkryłem w sobie coś, co daje mi równie wielką przyjemność. Praca z dzieciakami, zaszczepianie w nich chęci podejmowania wysiłku i aktywności fizycznej oraz obserwacja ich poprawiających się ciągle wyników daje mi taką samą satysfakcję, jak własne starty w zawodach. Ponadto staram się im przekazać jak najwięcej ze swoich pasji. Dlatego, oprócz zajęć w szkole pływania i treningów w klubie, angażuję się w organizację biegów dla dzieci w ramach Mazowieckiej Piętnastki. Przygotowuję też „Barakudzie”, czyli spływy kajakowe na Świdrze, a także rowerowe i piesze wycieczki. Od niedawna organizuję również obozy sportowe zimowe i letnie, na których dzieciaki m.in. mogą aktywnie spędzać czas jeżdżąc na nartach, pływając, próbując wspinania oraz wędrując po górach.


Ale mimo to, nie rezygnuje pan ze swoich pasji?

T. R. – Absolutnie. Ostatnio najwięcej czasu poświęcam na wyprawy wysokogórskie. Wyjazd w Alpy rok temu zakończył się zdobyciem Mont Blanc. W tym roku już za kilkanaście dni wyruszamy do Gruzji, aby spróbować wejść na Kazbek. W miarę możliwości startowałem też w Pucharze Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km. A jeśli chodzi o nowe dyscypliny, to w najbliższym czasie mam zamiar spróbować sił w triatlonie.


Ma pan jakieś inne hobby poza sportem?

T. R. – W tej chwili moim hobby jest wspinaczka wysokogórska i fotografia – z każdego wyjazdu przywożę mnóstwo zdjęć (śmiech).


Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. z archiwum Tomasza Radomińskiego

You have no rights to post comments